Oto poezja, która wymaga skupienia i wejścia w jej świat, jak wchodzi się w las, by błądzić, ale w końcu zawsze znajdujemy drogę powrotu...
środa, 25 kwietnia 2012

Zbigniew Herbert

Architektura

Nad łukiem lekkim - 

brwią z kamienia

na ściany

niezmąconym czole

w oknach radosnych i otwartych 

gdzie twarze zamiast pelargonii

gdzie prostokąty bardzo ścisłe 

obok marzącej perspektywy

gdzie ornamentem obudzony

strumień na cichym polu płaszczyzn

gdzie ruch z bezruchem linia z krzykiem 

niepewność drżąca prosta jasność

    ty jesteś tam

    architekturo

    sztuko z fantazji i kamienia

    tam jesteś piękno zamieszkałe 

    nad łukiem lekkim

    jak westchnienie

    na ścianie

    bladej wysokością

    i w oknie

    szybą załzawionym

wygnaniec kształtów oczywistych 

głoszę twój taniec nieruchomy

środa, 18 kwietnia 2012
Pożegnanie ptaka
Tego bociana z przetrąconym skrzydłem
w parku nad stawem już nie ma
Jak zginął? Można powiedzieć, że bohatersko

Kiedy poczuł, że skrzydło jego jakby się wygoiło
wzbił się nagle w powietrze
spojrzał z góry na łabędzie uwięzione na stawie
zatrzepotał skrzydłami radośnie
zatrzepotał skrzydłami desperacko
i runął do wody

Biedne Ikarzysko!
Nikt nie dostrzegł jego upadku
Ani rolnik jadący na traktorze
ani pasażerowie czerwonej toyoty
zajęci wymijaniem ciężarówki
sobota, 10 marca 2012
Monolog psa zaplątanego w dzieje


Są psy i psy. Ja byłem psem wybranym.
Miałem dobre papiery i w żyłach krew wilczą.
Mieszkałem na wyżynie, wdychając wonie widoków
na łąki w słońcu, na świerki po deszczu
i grudy ziemi spod śniegu.

Miałem porządny dom i ludzi na usługi.
Byłem żywiony, myty, szczotkowany,
wyprowadzany na piękne spacery.
Jednak z szacunkiem, bez poufałości.
Każdy dobrze pamiętał, czyim jestem psem.

Byle parszywy kundel potrafi mieć pana.
Ale uwaga - wara od porównań.
Mój pan był panem jedynym w swoim rodzaju.
Miał okazałe stado chodzące za nim krok w krok
i zapatrzone w niego z lękliwym podziwem.

Dla mnie były uśmieszki
z kiepsko skrywaną zazdrością.
Bo tylko ja miałem prawo
witać go w lotnych podskokach,
tylko ja żegnać - zębami ciągnąć za spodnie.
Tylko mnie wolno było
z głową na jego kolanach
dostępować głaskania i tarmoszenia za uszy.
Tylko ja mogłem udawać przy nim, że śpię,
a wtedy on się schylał i szeptał coś do mnie.

Na innych gniewał się często i głośno.
Warczał na nich, ujadał,
biegał od ściany do ściany.
Myślę, że lubił tylko mnie
i więcej nigdy, nikogo.

Miałem też obowiązki: czekanie, ufanie.
Bo zjawiał się na krótko i na długo znikał.
Co go zatrzymywało tam, w dolinach, nie wiem.
Odgadywałem jednak, że to pilne sprawy,
co najmniej takie pilne
jak dla mnie walka z kotami
i wszystkim, co się niepotrzebnie rusza.

Jest los i los. Mój raptem się odmienił.
Nastała któraś wiosna,
a jego przy mnie nie było.
Rozpętała się w domu dziwna bieganina.
Skrzynie, walizki, kufry wpychano na samochody.
Koła z piskiem zjeżdżały w dół
i milkły za zakrętem.

Na tarasie płonęły jakieś graty, szmaty,
żółte bluzy, opaski z czarnymi znakami
i dużo, bardzo dużo przedartych kartonów,
z których powypadały chorągiewki.

Snułem się w tym zamęcie
bardziej zdumiony niż zły.
Czułem na sierści niemiłe spojrzenia.
Jakbym był psem bezpańskim,
natrętnym przybłędą,
którego już od schodów przepędza się miotłą.

Ktoś zerwał mi obrożę nabijaną srebrem.
Ktoś kopnął moją miskę od kilku dni pustą.
A potem ktoś ostatni, zanim ruszył w drogę,
wychylił się z szoferki
i strzelił do mnie dwa razy.

Nawet nie umiał trafić, gdzie należy,
bo umierałem jeszcze długo i boleśnie
w brzęku rozzuchwalonych much.
Ja, pies mojego pana.

Wisława Szymborska, Dwukropek

sobota, 04 lutego 2012

Wisława Szymborska

Gawęda o miłości ziemi ojczystej

Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić "dnieje",
o blasku słońca nic nie mówić.

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które za płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyję cząstką czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić.
Odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię - i żyć,
ale nie można owocować.

1923-2012

niedziela, 18 grudnia 2011
... Używamy słów by się nawzajem zrozumieć
a nawet czasami
żeby się wzajemnie odnaleźć...

J. Saramago
poniedziałek, 26 września 2011
JÓZEF CZECHOWICZ
Na wsi


Siano pachnie snem 
siano pachniało w dawnych snach 
popołudnia wiejskie grzeją żytem 
słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach 
życie - pola - złotolite 

Wieczorem przez niebo pomost 
wieczór i nieszpór 
mleczno krowy wracają do domostw 
przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

Nocami spod krzyżów na rozdrogach 
sypie się gwiazd błękitne próchno 
chmurki siedzą przed progiem w murawie 
to kule białego puchu 
dmuchawiec 

Księżyc idzie srebrne chusty prać 
świerszczyki świergocą w stogach 
czegóż się bać 

Przecież siano pachnie snem 
a ukryta w nim melodia kantyczki 
tuli do mnie dziecięce policzki 
chroni przed złem 

sobota, 23 lipca 2011

Bolesław Leśmian

Urszula Kochanowska


  Gdy po śmierci w niebiosów przybyłam pustkowie,

Bóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie

  "Zbliż się do mnie, Urszulo! Poglądasz, jak żywa...

Zrobię dla cię, co zechcesz, byś była szczęśliwa."

  "Zrób tak, Boże - szepnęłam - by w nieb Twoich krasie

Wszystko było tak samo, jak tam - w Czarnolasie!" -

  I umilkłam zlękniona i oczy unoszę,

By zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?

  Uśmiechnął się i skinął - i wnet z Bożej łaski

Powstał dom kubek w kubek, jak nasz - Czarnolaski.

  I sprzęty i donice rozkwitłego ziela

Tak podobne, aż oczom straszno od wesela !

  I rzekł: "Oto są - sprzęty, a oto - donice.

Tylko patrzeć, jak przyjdą stęsknieni rodzice!

  I ja, gdy gwiazdy do snu poukładam w niebie,

Nieraz do drzwi zapukam, by odwiedzić ciebie!"

  I odszedł, a ja zaraz krzątam się, jak mogę -

Więc nakrywam do stołu, omiatam podłogę -

  I w suknię najróżowszą ciało przyoblekam

I sen wieczny odpędzam - i czuwam - i czekam...

  Już świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie,

Gdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie...

  Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!

Serce w piersi zamiera... Nie!... To - Bóg, nie oni!...

środa, 20 lipca 2011

Ze smutkiem i czułością

Znów na kolację był makaron z wody,
I ty, Mickiewicz nie tknąłeś go prawie,
mówiąc, że dzisiaj nie czujesz się głodny.
Więc bez obawy, że w naszej postawie
pielęgniarz zwęszy ślady krnąbrnej buty,
po małej chwili udałem się też
do ubikacji. Za oknem był zmierzch.
"Zawsze jest najpierw styczeń, potem luty.
A po nim marzec". Urywki rozmowy.
Lśnił kafli blask porcelanowy
i dźwięcznie kapał kran zepsuty.

Mickiewicz leżał - już z ustępu wrócił -
i wlepiał wzrok w pomarańczowy drucik
żarówki. (Może widział tam swój los).
Pielęgniarz wyszedł za drzwi, wywołany
przez Babanowa. Wyglądałem w noc
i telewizor, słyszałem zza ściany.
"Spójrz no, Gorbunow - zupełnie jak ogon."
"A tam znów oko." "A widzisz tuż obok
narośl nad płetwą?" "Widzę - całkiem niby
wrzód." Tak, to przez nie myte szyby
gapiąc się w lutym na gwiaździste Ryby,
wznieśliśmy w niebo łysiejące czoła,
tam gdzie pod nogi pluć - to zwykła rzecz,
gdzie czasem rybę na stół dadzą, lecz
nie ma widelców, ni noży na stołach.
niedziela, 01 maja 2011

Ernest Bryll

Psalm stojących w kolejce

Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość.
Na co w kolejce tej czekasz?
Na starość, na starość, na starość.
Co kupisz, gdy dojdziesz?
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie.
Co przyniesiesz do domu?
Kamienne zwątpienie, zwątpienie.
Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj,
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc,
Przez noc,
Przez noc
.

niedziela, 24 kwietnia 2011
Urszula Kozioł
...
Między pustką a pustką

( tam gdzie mieszkasz, tam gdzie mieszkamy)
gwiezdna chusta
gwiezdna chusta upuszczona przez niego
gwiezdna chusta i supeł
nikomu związany
supeł
z którym się teraz borykasz.
Jaki nikt szedł nie szedł tędy
o czym chciał nie chciał pamiętać
co ci mógł nie mógł przekazać.
Tam gdzie mieszkasz, tam gdzie mieszkamy
gwiezdna chusta i supeł
z którym się teraz borykasz
supeł związany nikomu.
Nie możesz go rozplątać
nie możesz go przeciąć
nie możesz go zgubić
nie możesz go zapomnieć
nie możesz się w nim ocalić
choć kiedyś pewnie i ty
wpełzniesz do jego środka
by obciążyć go swoim znamieniem.
piątek, 22 kwietnia 2011
 Halina Poświatowska

***

madonny z dzieciątkami w dłoniach
koją smutek wszechświata
zastygłe w tkliwości
wieczne w półuśmiechu

ściany pobielone troską
nabierają doskonałych kształtów
przywierają do siebie kąty
kwitną proporcje

i jest ogród

wodne lilie kąpią się w sadzawkach
niewiasta o palcach smukłych

trzyma na kolanach chłopca

poniedziałek, 07 marca 2011
Konstanty Ildefons Gałczyński

Serwus, Madonna

Niechaj tam inni księgi piszą. Nawet
niechaj im sława dźwięczy jak wieża studzwonna,
ja ksiąg pisać nie umiem, a nie dbam o sławę -
serwus, madonna.

Przecie nie dla mnie spokój ksiąg lśniących wysoko
i wiosna też nie dla mnie, słońce i ruń wonna,
tylko noc, noc deszczowa i wiatr, i alkohol-
serwus, madonna.

Byli inni przede mną. Przyjdą inni po mnie,
albowiem życie wiekuiste, a śmierć płonna.
Wszystko jak sen wariata śniony nieprzytomnie-
serwus, madonna.

To ty jesteś, przybrana w złociste kaczeńce,
kwiaty mego dzieciństwa, ty cicha i wonna-
że rosa brud obmyje z rąk, splatam ci wieńce-
serwus, madonna.

Nie gardź wiankiem poety, łotra i łobuza;
znają mnie redaktorzy, zna policja konna,
a tyś jest matka moja, kochanka i muza-
serwus, madonna.
niedziela, 23 stycznia 2011

Panie
dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci
swej być w miejscach które nie były miejscami mojej codziennej udręki

– że nocą leżałem przy studni na placu w Tarkwinii a spiż
rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie
a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich
niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu
i w bardzo brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi
dobrych i rozumnych
natura powtarzała swoje mądre tautologie i las był lasem
morze morzem skała skałą
gwiazdy krążyły i było jak być powinno – Jovis omnia plena

– wybacz mi – że myślałem tylko o sobie gdy życie innych
okrutne i nieodwracalne obracało się wokół mnie jak wielki
astrologiczny zegar w kościele w Beauvais
że byłem zbyt tchórzliwy i głupi bo nie rozumiałem tylu rzeczy
a także wybacz że nie walczyłem o szczęście krajów ubogich
i podbitych i oglądałem tylko wschody księżyca i muzea

– dziękuję Ci że dzieła które były ku chwale Twojej udzieliły
mi części swojej tajemnicy i w wielkiej zarozumiałości
pomyślałem że Duccio van Eyck Bellini malowali także dla
mnie a także Akropol którego nigdy nie zrozumiałem do końca
odkrywał cierpliwie przede mną okaleczałe marmurowe ciało

– proszę Cię żebyś nie zapomniał wynagrodzić siwego staruszka
który przyniósł mi owoce ze swego ogrodu w zatoce na wyspie Itaka
a także nauczycielki Miss Hellen z wyspy Mull która przyjęła
mnie po grecku albo grecku albo po chrześcijańsku i kazała zapalić
światło w oknie wychodzącym na Holy Iona aby ludzkie światła pozdrawiały się
a również tych wszystkich którzy wskazywali mi drogę
i mówili kato kyrie kato
i żebyś miał w swojej opiece Mamę z Spoleto Spiridiona
z Paxos i dobrego studenta z Berlina który wybawił mnie
z opresji a potem nieoczekiwanie spotkany w Arizonie wiózł
mnie do Wielkiego Kanionu który jest jak sto tysięcy katedr
zwróconych głową w dół

– pozwól o Panie abym nie myślał o moich niemądrych
i bardzo zmęczonych prześladowanych kiedy słońce zachodzi
w morze Jońskie duże i nieopisane
żebym rozumiał innych ludzi i inne języki inne cierpienie
i żebym nie upierał się przy swoim ponieważ ograniczoność
moja jest nieograniczona
a nade wszystko żebym był pokorny to znaczy ten który
widzi ten który pije ze źródła
dziękuje Ci Panie że stworzyłeś świat bardzo piękny i różny
a jeśli jest to twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia

Zbigniew Herbert
Modlitwa Pana Cogito - podróżnika

wtorek, 18 stycznia 2011
piątek, 31 grudnia 2010
Wisława Szymborska

Koniec i początek
Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać
Jaki taki porządek
sam się przecież nie zrobi.

Ktoś musi zepchnąć gruzy
na pobocza dróg,
żeby mogły przejechać
wozy pełne trupów.

Ktoś musi grzęznąć
w szlamie i popiele,
sprężynach kanap,
drzazgach szkła
i krwawych szmatach.

Ktoś musi przywlec belkę
do podparcia ściany,
ktoś oszklić okno
i osadzić drzwi na zawiasach.

Fotogeniczne to nie jest
i wymaga lat.
Wszystkie kamery wyjechały już
na inną wojnę.

Mosty trzeba z powrotem
i dworce na nowo.
W strzępach będą rękawy
od zakasywania.

Ktoś z miotłą w rękach
wspomina jeszcze jak było.
Ktoś słucha
przytakuje nie urwaną głową.
Ale już w ich pobliżu
zaczną kręcić się tacy,
których to będzie nudzić.

Ktoś czasem jeszcze
wykopie spod krzaka
przeżarte rdzą argumenty
i poprzenosi je na stos odpadków.

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury
niedziela, 19 grudnia 2010
  Czesław Miłosz
 
Wiara
Wiara jest wtedy, kiedy ktoś zobaczy
Listek na wodzie albo kroplę rosy
I wie, że one są - bo są konieczne.
Choćby się oczy zamknęło, marzyło,
Na świecie będzie tylko to, co było,
A liść uniosą dalej wody rzeczne.

Wiara jest także, jeżeli ktoś zrani
Nogę kamieniem i wie, że kamienie
Są po to, żeby nogi nam raniły.
Patrzcie, jak drzewo rzuca długie cienie,
I nasz, i kwiatów cień pada na ziemię:
Co nie ma cienia, istnieć nie ma siły.
  
Nadzieja
Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.

Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi

I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.
sobota, 09 października 2010
Sekret szczęścia, a przynajmniej spokoju, leży w tym, żeby wyeliminować romantyczną miłość z życia, bo to ona sprawia, że człowiek cierpi. Tak żyje się spokojniej i lepiej się bawi, zapewniam cię.

Mario Vargas Llosa
Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki



sobota, 18 września 2010

Emily Dickinson

Brodzić w nieszczęściu


Brodzić w Nieszczęściu - umiem -

Przez każdy jego Strumień

Albo Bagno przechodzę -

Ale prztyczek Radości -

I już na równej drodze

Potykam się - pijana -

Na uciechę Kamykom -

Nie śmiejcie się - tak działa

Na mnie ten Nowy likwior!


Moc- jest to Ból - jedynie

Balastem Dyscypliny

Trzymany na Mieliźnie

Dać Balsam - Gigantowi -

Opadnie z sił, jak Człowiek -

Zwalić nań Himalaje -

Podźwignie!

Przkł. S. Barańczak
środa, 28 lipca 2010

***

tutaj czas zakrzepł [...]

doskonałego snu
nie przerywa
szum gołębich skrzydeł
ani szelest fontanny

faraon w papirusach

namalowaną twarzą
pobłaża
nagłemu kwitnieniu drzewa

na nieruchomych ścięgnach
krótkie interludia
wygrywa przelatujący wiatr

poza tym cisza

Halina Poświatowska

środa, 07 lipca 2010
Halina Poświatowska
...


Jesteśmy sobie szumem drzew - wąskich topoli
które wysoko noszą czoła a ręce trzymają blisko
wokół brązowego pnia. Pomiędzy nami chłodna luka
nieba łączy błękitnie to co chciało nas rozdzielić czas!
Muchy złote sfruwają na twoje liście
i z moich zanoszą wieść o wiośnie która właśnie
wzbiera w splątanych korzeniach. Wyżej jak srebrny
talerz - na którym bóg wypisał cienkim palcem
wieczność - obłok zawisł - i wolno przesuwa cień
z moich włosów na twoje.
piątek, 21 maja 2010

Wisława Szymborska

Koniec i początek


Po każdej wojnie
ktoś musi posprzątać
Jaki taki porządek
sam się przecież nie zrobi.

Ktoś musi zepchnąć gruzy
na pobocza dróg,
żeby mogły przejechać
wozy pełne trupów.

Ktoś musi grzęznąć
w szlamie i popiele,
sprężynach kanap,
drzazgach szkła
i krwawych szmatach.

Ktoś musi przywlec belkę
do podparcia ściany,
ktoś oszklić okno
i osadzić drzwi na zawiasach.

Fotogeniczne to nie jest
i wymaga lat.
Wszystkie kamery wyjechały już
na inną wojnę.

Mosty trzeba z powrotem
i dworce na nowo.
W strzępach będą rękawy
od zakasywania.

Ktoś z miotłą w rękach
wspomina jeszcze jak było.
Ktoś słucha
przytakuje nie urwaną głową.
Ale już w ich pobliżu
zaczną kręcić się tacy,
których to będzie nudzić.

Ktoś czasem jeszcze
wykopie spod krzaka
przeżarte rdzą argumenty
i poprzenosi je na stos odpadków.

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury.
niedziela, 16 maja 2010
Grzegorz Tomczak

Ja to mam szczęście...

Było ciemno
Więc niewiele co widziałem
I pamiętam też niewiele


Było ciemno
Wiem, że z pochyloną głowa stałem, tak jak stoi się w kościele
A wiec stałem, nie widziałem, było ciemno, lecz słyszałem wciąż
Ten głos…
„Podejdź bliżej”,
więc podszedłem jak skruszony obywatel do przedstawiciela władzy
„Podejdź bliżej”,
Już wiedziałem, że ucieczka błyskawiczna tu niczemu nie zaradzi
Wiec podszedłem, posłuchałem
Było ciemno, lecz słyszałem wciąż
Ten głos, ten głos, ten głos!

To nie wróg był, bo głos cichy i subtelny, ale polski i nieskazitelny
To nie wróg był, ten by zaraz, mnie zapytał czy mój światopogląd celny
Wiec to nie był wróg na pewno, bo nad głowa, tuż nade mną, wciąż słyszałem ten głos,ten głos, ten głos…
„Ty, to masz szczęście,
że w tym momencie,
żyć Ci przyszło, w kraju nad Wisłą…
Ty, to masz szczęście…
Twój kraj szczęśliwy, piękny, prawdziwy,
Ludzie uczynni, w sercach niewinni…
Twój kraj szczęśliwy…”

Było ciemno, więc nie mogłem stwierdzić, komu pomyliły się epoki lub stulecia,
Było ciemno, może to Mickiewicz jaki, bo tak zgrabnie romantyczna wiarę krzesał,
Chyba niezorientowany, bo w tym kraju, tak kochanym, dawno nie był już widziany
Może Norwid, bo coś plótł, że łza gdzieś znad planety spada i groby przecieka,
Ale skąd by, skąd by wiedział, że na jego słowa ktoś tu jeszcze może czekać
Teraz w modzie nie Norwidy, filozofów okryj winy.
Więc czyj ten głos, ten głos, ten głos!

Było ciemno i sam nie wiem jak do domu wprost doszedłem i do siebie
Było ciemno, a ja czułem się jak w niebie, lecz dlaczego nie wiem, nie wiem
Z pochylona głową stałem
Wierzcie, ja nie zwariowałem,
Lecz jak dziecko powtarzałem ten głos, ten głos, ten głos

Ja to mam szczęście,
że w tym momencie
żyć mi przyszło, w kraju nad Wisłą…
Ja, to mam szczęście…
Mój kraj szczęśliwy, piękny, prawdziwy,
Ludzie uczynni, w sercach niewinni…
Mój kraj szczęśliwy
Ja, to mam szczęście…
że w tym momencie
żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą…
Ja, to mam szczęście…
Ja, to mam szczęście…
że w tym momencie
żyć mi przyszło, w kraju nad Wisłą
Ja, to mam szczęście…

Autorem piosenki jest Grzegorz Tomczak
niedziela, 09 maja 2010
Agnieszka Osiecka

Dziewczyna ze snu

Za parę lat
wypłyniemy znów na wodę,
za parę lat
pogonimy znowu w szkodę,
we włosach kwiat,
choć te włosy już niemłode,
snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal...

Za parę lat
na kulawej naszej barce
ruszymy w świat,
ja - dziewczyna,
a ty - harcerz,
popłynie śpiew:
"Kto nie służył w marynarce"...
Snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal...

Na pokład nasz
zabierzemy zwierząt parę,
niech będzie kot,
jakaś kura czy kanarek,
i znowu "start",
nastawimy znów zegarek -
snu nam nie żal, domu nie żal, nie żal...

Niech domy śpią,
niech matki śpią,
niech żony śpią,
tam za mgłą, tam za mgłą...
Niech domy śpią,
niech matki śpią,
niech żony śpią,
tam za mgłą, tam za mgłą...

słowa: Agnieszka Osiecka, muzyka: Seweryn Krajewski, śpiew: Maryla Rodowicz

sobota, 17 kwietnia 2010
Konstanty Ildefons Gałczyński

Ocalić od zapomnienia

Ile razem dróg przebytych,
ile ścieżek przedeptanych,
ile deszczów, ile śniegów,
wiszących nad latarniami,
ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu,
i znów upór żeby powstać,
i znów iść i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym,
wspólnych zmartwień,
wspólnych dążeń,
ile chlebów rozkrajanych,
pocałunków, schodów, książek,
oczy Twe jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia,
więc ja chciałabym
Twoje serce ocalić od zapomnienia!

U Twych ramion płaszcz powisa,
krzykliwy, z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze aż gdzie gwiazda Wenus,
a Tyś lot i górność chmurna,
blask wody i kamienia,
chciałabym oczu Twoich chmurność
ocalić od zapomnienia!
sobota, 27 marca 2010
Rafał Wojaczek

Ojciec

Nie zna Freuda
Tragików pobieżnie
Ja też nie znam

Więc motywy pozostaną niejasne
Nic nie wyjaśni
powoływanie się na pokrewieństwo

Tak, krew to pewne
jest jej nadto
ślady na sprzętach
na ścianie
kałuża na podłodze
Ale nikt nie wpada w panikę
nic że ręcznik
nie jest dobry tampon

Mówi jest jeszcze sposób
Pozwolić by przyschło

ojciec mówi
ręka znów ostrze niesie
w tej dwoistości
jest synchronizacja
krew za słowo
Czy odpowiada to ojcu
Ojciec nie odpowiada

Umarł
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
© 2007 Magda Buraczewska

Ciekawe? Czytaj dalej na BlogFrog.pl